W irlandzkiej debacie publicznej coraz mocniej przebija się przekaz, że kwestia podniesienia wieku emerytalnego przestaje brzmieć „czy”, a zaczyna sprowadzać się do „w jaki sposób”. Władze i komentatorzy oswajają społeczeństwo z tym kierunkiem stopniowo i konsekwentnie, często przy wsparciu ekspertów występujących w mediach jako tłumacze tego, co ma być rzekomo nieuniknione. Przekaz jest spójny: dłuższa aktywność zawodowa ma być rozwiązaniem rozsądnym, korzystnym dla finansów publicznych i — w tej narracji — także dla samych obywateli.
Źródłem takich argumentów są prognozy demograficzne. W kolejnych dekadach Irlandia ma się wyraźnie starzeć, nawet jeśli ogólna liczba mieszkańców będzie rosnąć. Spadek dzietności oraz rozwój medycyny wydłużający życie oznaczają, że relacja między pracującymi a emerytami będzie się pogarszać: coraz mniej osób w wieku produkcyjnym ma utrzymywać coraz większą grupę świadczeniobiorców. Z perspektywy budżetu państwa to układ, który rodzi poważne napięcia.
W podobnym tonie wypowiadał się profesor John FitzGerald z Trinity College Dublin, komentując sprawę na antenie Newstalk Breakfast. Podkreślał, że emerytura nie oznacza tworzenia dóbr ani świadczenia usług, lecz redystrybucję środków od podatników do osób, które zakończyły pracę. Przy szybkim przesunięciu proporcji między pracującymi i niepracującymi utrzymanie systemu ma stawać się coraz trudniejsze. Według analiz Ministerstwa Finansów w perspektywie około 30 lat podatki musiałyby być wyraźnie wyższe niż dziś, aby zagwarantować wypłacalność świadczeń.
Obecnie państwowa emerytura w Irlandii przysługuje od 66. roku życia. Wcześniej pojawiały się propozycje podniesienia tej granicy do 68 lat, jednak po silnym sprzeciwie społecznym rząd wycofał się z tych planów. Dziś temat wraca, ale częściej w formie mniej konfrontacyjnej — nie jako bezpośrednia zmiana przepisów, lecz jako system zachęt. Profesor FitzGerald sugeruje, że politycznie łatwiejsze byłoby skłonienie ludzi do pozostania na rynku pracy poprzez bodźce, na przykład wyższą emeryturę za każdy dodatkowy rok aktywności zawodowej.
W argumentacji zwolenników zmian regularnie pojawiają się międzynarodowe porównania. W grupie wiekowej 60–64 lata pracuje w Irlandii około 56% osób (z wyłączeniem rolników). W krajach Europy Północnej wskaźnik ten wynosi 70–75%, natomiast we Francji spada nawet do 30%. Przywoływana jest też Holandia, gdzie wiek emerytalny został już podniesiony i ma dalej rosnąć, docelowo do 68 lat. Wniosek, jaki ma z tego wynikać, jest prosty: skoro inni podnoszą wiek emerytalny, Irlandia również ma się do tego dostosować.
W tej opowieści powtarza się jeden motyw: wydłużanie pracy przedstawiane jest niemal wyłącznie jako rozwiązanie racjonalne, nowoczesne i nieuniknione, które da się społecznie „wytłumaczyć” i oswoić. Mieszkańcom Irlandii pozostawia się w tej narracji rolę słuchaczy, którzy mają zrozumieć przekaz i pogodzić się z tym, że dłuższa praca stanie się ich codziennością.
Patrzę na tę dyskusję z dużą rezerwą. Owszem, słychać głosy ekspertów i widać wykresy, ale trudno dostrzec rzeczywisty entuzjazm po stronie ludzi. Niewiele wskazuje na to, by społeczeństwo masowo pragnęło pracować dłużej. Przedstawianie podnoszenia wieku emerytalnego jako czegoś bliskiego przywilejowi brzmi bardziej jak polityczny marketing niż uczciwa rozmowa o kosztach, zdrowiu i jakości życia. Można tę zmianę opakowywać w atrakcyjne hasła i oswajać z nią opinię publiczną, ale dla większości jej sens sprowadza się do jednego: kolejnych lat pracy, o które nikt ich realnie nie pytał — oraz pytania, czy będą mieli na to siłę.

